Dziś:

Rozwój OZE to największe zagrożenie dla atomu

Autor Paweł

Czy wynalazki zawsze muszą oznaczać rozwój i nowe odkrycia? Historia pokazuje, że nie. Czasami bywa, że zapominamy o bardzo zaawansowanych technologiach i zaczynamy używać prostszych zamienników. Dziś energetyka konwencjonalna, a zwłaszcza energetyka jądrowa staje w obliczu właśnie takiego „technologicznego zapomnienia” – Pisze prof. nzw. dr hab. inż Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej i firmy Transition Technologies S.A.

Europejczycy podczas pierwszej wyprawy krzyżowej ze zdziwieniem spostrzegli dziwną broń u swoich przeciwników. Charakterystyczne ciemniejsze i jaśniejsze fale na klingach szabli i sztyletów, pokazywały coś co nazwano stalą damasceńską. Przez następne lata wyroby z tej stali obrosły legendą. Podobno dzięki niej szable mogły przeciąć świece bez poruszenia kandelabra na którym były umieszczone. Spadające na ostrze włosy przecinały się na pół, a wszystkie europejskie miecze po zetknięciu ze stalą damasceńską nie nadawały się do kolejnej walki. Tajemniczy stop zawdzięczający swoje unikatowe cechy zastosowaniu specjalnych rud żelaza i sposobów obróbki pozostawał marzeniem każdego z miłośników białej broni tak do wieku XVII, potem trend ten powoli zanikał. Według niektórych skończyły się specjalne rudy żelaza w okolicach Hajdarabadu w Indiach, inni twierdzili, że rzemieślnicy posiadający unikatową wiedzę na temat obróbki stali postanowili ukryć ją przed światem i opieczętować specjalną tajemnicą. Jeszcze inni mieli teorię, że w wojnach coraz powszechniejsza stawała się broń palna i szlachetna sztuka przecinania ludzi na pół zaczęła odchodzić do lamusa wobec tańszych metod efektywnego mordowania na odległość. W każdym razie tajemnicza technika wyrobu stali damasceńskiej została zapomniana, bo świat techniki poszedł w innym kierunku, a wyrafinowane techniki metalurgiczne nie były już opłacalne i wymagały inwestowania w zbyt wiele zasobów w porównaniu z możliwością sprzedaży.

Z kolei około 1826 roku, Francuz Nicéphore Niépce wykonuje pierwszy prototyp czegoś w rodzaju… zdjęcia. To „Widok z okna w Le Gras”- pierwsze utrwalenie ulotnej rzeczywistości na dłużej i zachowanie obrazu – w tym przypadku na cynkowej płycie pokrytej asfaltem syryjskim. Co prawda jak każde pierwsze wdrożenie było trochę niedopracowane, gdyż naświetlanie trwało co najmniej 8 godzin, ale za chwile do akcji wchodzi Jacques Daguerre i używając srebra i miedzianej płytki tworzy dagerotyp – sposób wykonywania zdjęć który pokazuje nam obrazy naszych przodków w połowy XIX wieku. Krok dalej George Estman udoskonala proces i tworzy filmy fotograficzne, a cała technologia „łapania obrazu” zmierza w kierunku wykorzystania światłoczułych halogenków srebra. Ta technologie może jeszcze kilka osób pamięta, w przeciwieństwie do dzisiejszych prymitywnych w obsłudze aparatów cyfrowych, dawna fotografia (niekoniecznie właściwie nazywana analogową) była po części tajemniczą alchemiczną sztuką – wywoływania na początek filmu (negatywu) a następnie skomplikowanej obróbki dla uzyskania zdjęć na specjalnym papierze.

Trwało to dużo dłużej, ale było i magiczne i bardziej artystyczne. Nie „waliło się” kilkunastu zdjęć po kolei, tylko oszczędnie, bo zwyczajowo film miał 24 lub 36 klatek, i nie widziało się efektu aż do wywołania negatywu. Cały proces tworzenia finalnego zdjęcia musiał zachodzić w zaciemnionym pomieszczeniu przy dużej ilości chemicznych odczynników. To zresztą było wielkim plusem dla domorosłych amatorów wywoływania zdjęć, którzy na szkolnych kółkach fotograficznych. Mogli wtedy palic papierosy do woli, bo nikt nie mógł otworzyć drzwi podczas magicznego procesu aby nie prześwietlić filmu. Dodatkowo chemia skutecznie zabijała jakiekolwiek papierosowe zapachy. Dziś wszystko zapomniane, zepchnięte do niszy artystów lub oldschoolowców, nawet pomimo niesłychanie wysokiej rozdzielczości dawnych zdjęć (najpopularniejszy mały format to odpowiednich dzisiejszych 20 MPx, a były i po rzędu 70-1000, dzisiejsze matryce cyfrowe dochodzą do 160 MPx i wyżej). Znowu – technologia poszła w uproszczenie, automatyczny podgląd stał się czynnikiem wygrywającym, a łatwość robienia zdjęć zabiła całą sztukę i skazała nas na potwornie nudne oglądanie tysiąca banalnych fotografii znajomych i rodziny.

Czy to samo czeka energetykę jądrową?

Wreszcie energetyka jądrowa – wielkie odkrycia i wielkie nadzieje. Od czasu pierwszych badań Fermiego nad uranem w latach 30-tych, poprzez kolejne rozszczepiania uranu, aż do projektu Manhattan i pierwszej bomby atomowej powstawały innowacyjne technologie wojskowe i energetyczne. Pierwsze komercyjne reaktory lat 50-tych wzbudziły wielkie plany nowego świata pełnego nieograniczonej i wręcz darmowej energii. Reaktory cywilne (równolegle do projektów wojskowych) rosły jak na drożdżach i zwiększały swoje moce. Technologia stawała się coraz bardziej skomplikowana, aż przyszły lata 1979-1986, kiedy to zdarzyły się niespodziewane awarie w Thee Mile Island i Czarnobylu, które zatrzymały rozwój całego sektora. A potem pojawiło się też coś, co jest największym zagrożeniem całej technologii jądrowej – konkurencja prostszych i bardziej promowanych marketingowo – ekologicznych wiatraków i paneli fotowoltaicznych.

Cała energetyka skręca w kierunku technologii powtarzalnych, produkowanych w milionach egzemplarzy i montowanych przy minimalnym udziale skomplikowanej techniki. To samo co w stali damasceńskiej czy klasycznej fotografii z negatywami, teraz atakuje energetykę jądrową – nie trzeba już tak bardzo skomplikowanie, można taniej i szybciej. Nie należy się więc obrażać na nowe trendy, bo jest to naturalne w rozwoju cywilizacyjnym – pewne technologie, nawet najbardziej zaawansowane – mogą zostać odstawione do kąta jeśli pojawią się tańsze i prostsze zamienniki. Energetyka jądrowa staje się dziś domeną powiązaną dalej z sektorem militarnym (przecież trzeba jakoś utrzymać kompetencje i miejsca pracy) ale niesłychanie ryzykowanym w długim okresie inwestowania. Jeśli mówi się o czasie życia 40-stu, a nawet 60-ciu lat dla cywilnej elektrowni jądrowej, to może być to porównywalne z okresem zapominania fotografii analogowej i wszechobecnym panowaniem cyfry. Za 60 lat może już nie być wielkich reaktorów i nikt może nie wytwarzać niezbędnych do jego życia komponentów. Może oprócz super specjalistycznych zakładów, tak jak dziś w małych, niszowych sklepikach można kupić filmowe negatywy dla artystów. Może więc czasami trzeba się pogodzić z tym, że niektóre technologie będą zapomniane – a wobec tego postawić na cos innego.

Źródło: Blog Konrada Świrskiego

Tagi: oze atom energetyka polityka energetyczna

dodaj komentarz

Komentarze

comments powered by Disqus
A- A A+